Wiem, zę wiele osób powie teraz, ochyda, nudy i inne takie rzeczy. Ale ja stanowczo protestuję. Muzyka religijna ma to coś w sobie. Oczywiście nie mówię tu o tej w kościele, czy tych starych babcinych przyśpiewkach. Istnieje taki jej rodzaj przypominający zwykłą muzykę pop, a jest o miłości i Bogu. Urzekła mnie. Ma w sobie czar, który na pewno pozazdrościć może Mandaryna i inni dziwni piosenkarze. Przede wszystkim słowa są tu proste ale dobitne. Mówią o miłości i oddaniu, cierpieniu, łzach ale i radości i niczym nie zmierzonej wieczności. Nie tylko słowa są piękne, ale i muzyka, która wpada w ucho i w nim zostaje na długi czas. Oczywiście można tu przytaczać wiele tytułów, ale po co. Nie znacie pewno żadnej z nich lub jedynie małą ich część. Dlatego oszczędzę tego wam. Ważne jest to, że jest ona niesamowitą emocją, modlitwą, o której się mówi: „Kto śpiewa jakby dwa razy się modlił.” Właśnie ona taka jest, modlitwą ponad wszystkie, najpiękniejszą i najwierniejszą, najszczerszą, bo nie odklepaną.